2019-2021 / bliźniak
Proces twórczy jest doświadczeniem bardzo osobistym, wie o czym mowa każdy projektant. Architekt przechodzi przez ten proces wielokrotnie, im dłużej tym bardziej zmienia się jego podejście do kolejnych zleceń. Szkolnym błędem jest, w ocenie naszego zespołu projektowego, forsowanie swoich idei i przedkładanie ich ponad zamiary Inwestora. Stąd napięcia, niezrozumienie, niechęć, czasem ostre spory, a w rezultacie niezadowolenie klienta. Owszem fajnie gdyby bez uwzględnienia budżetu, tak czysto idealistycznie projektować kolejne obiekty, które będą tworzyły spójną, tożsamą z architektem wizję. Niestety uważamy takie podejście za egoistyczne i bezczelne. Na początku każdej współpracy staramy się wyczuć na ile swobody konkretny Inwestor pozwoli sobie i nam. Ta swoboda zazwyczaj się kurczy im dalej jesteśmy w procesie inwestycyjnym. Dlatego cieszymy się każdym projektem jeśli uda się, choćby skromnie, stworzyć coś ciekawego, ale już dawno powiedzieliśmy sobie, że nie ma co się spalać. Pracujemy w bezpiecznych i przyjemnych czasach, gdzie nasze projekty niekoniecznie muszą być odzwierciedleniem naszej duszy twórczej, naszych lęków czy wyssanych z palca idei. Nie jesteśmy powojennymi brutalistami, żeby koniecznie nasze trudne doświadczenia życiowe odzwierciedlać w naszych „dziełach”. Nie uważamy takiego podejścia za dobre. Wręcz przeciwnie, nie silimy się na nowatorskie podejścia, rozwiązania czy pomysły, które są eksperymentalne. Z szacunku dla budownictwa, inżynierii i pieniędzy Inwestora.
Nasz „prawdziwy ból” twórczy postanowiliśmy zwieńczyć naszym domem-biurem. Pojawiła się możliwość zaprojektowania i wybudowania domu własnego. przy tradycyjnie, nie tylko w naszym przypadku, ograniczonych kosztach, ograniczonej palecie rozwiązań budowlanych i przy realiach małomiasteczkowego budownictwa. To prawdziwa sztuka, tak umieć, uważamy. I tu już nikt nam nie będzie grzebał, kręcił nosem, wybrzydzał, krzywo patrzył na dziwne pomysły. Jakże terapeutyczny dla strudzonej duszy architekta jest to proces, kiedy nie musisz przed nikim się tłumaczyć. Ciekawe, oczyszczające doświadczenie, które pozwoliło spuścić ten nabrzmiały balon własnych ambicji twórczych. Doświadczenie to pozwoliło nam również stanąć na nogi w konktekście kolejnych zleceń, nabrać dystansu i siły. Po przejściu procesu projektowania i budowania dla siebie uznajemy, że jest to punkt obowiązkowy dla każdego architekta.
A sam dom jest bliźniakiem, wciśniętym w niewielką działkę na przedmieściach małej miejscowości, w otoczeniu podobnych gabarytowo domów o architekturze tak różnorodnej jak budownictwo przełomu wieków w polskiej rzeczywistości. Dom z zardzewiałą blachą na elewacji, który straszy sąsiadów, do tego stopnia, że pytają dlaczego nie użyliśmy Hammerite jak jeszcze był czas. Dom, który taksówkarze z lokalnej sieci mają zapisany jako „dom w budowie” celem orientacji w terenie. Mimo, że w naszej ocenie obiekt ten wpisuje się w urbanistykę ulicy, ma schludną ponadczasową estetykę i mimo brutalnej formy pewną delikatność, pozostanie zapewne niezrozumiany przez przechodniów na wiele lat. I co? I w sumie dobrze. Naszym pragnieniem było wybudowanie domu, który spełni nasze potrzeby twórcze. Sam projekt, już po zrealizowaniu, posiada masę błędów funkcjonalnych, z którymi musimy żyć, ale najważniejsze w tym wszystkim jest to, że przed nikim nie musimy się za nie tłumaczyć. I tak miało być.
Z naszego doświadczenia z własnym domem nasuwa się jeden ważny wniosek. Nie ufajmy architektom, którzy nie wybudowali domu dla siebie. Z drugiej jednak strony, patrząc przez pryzmat całego procesu inwestycyjnego, nasz własny projekt był dla nas koszmarem. Bo wyobraźmy sobie tworzenie dla własnych potrzeb wielkiego dzieła, naszej wizytówki, wymarzonego domu, w projekt którego tym razem nikt nam się nie będzie mieszał; tego jedynego niepowtarzalnego… brzmi wspaniale, ale kiedy? Kiedy to wielkie dzieło ma powstać? Skoro cały czas i energię wkładaliśmy na bieżąco w pozostałe projekty, które były w tym momencie na tapecie, zwłaszcza, że projekty te generowały fundusze na ten jedyny. Odpowiedź jest prosta – codziennie między 1:30, a 4:30, ostatkiem sił i resztkami kreatywnej energii. Niestety, jak to mówią „szewc bez butów chodzi”… tylko, że to nie buty, to dom, warto było prawie wyzionąć ducha. I oczywiście mogłoby być lepiej, ale zawsze może być lepiej. Wieloletnia praca dała nam umiejętność kończenia zleceń. Dopinania tematów, które akurat w naszej branży, gdzie przeciętny temat to minimum kilka miesięcy mozolnej pracy.
Stąd nasuwa się druga puenta tej historii. Nie ma się co dziwić, że nie każdy architekt wybudował dom. Nie ma się nawet co dziwić, że niektórzy architekci mają brzydkie domy. Jakość architektury to zawsze ciężka praca. Jedyne sprytne oszustwo, droga na skróty – minimalizm – nie do końca nam odpowiadał. Postanowiliśmy zaprojektować coś dosyć skomplikowanego, wbrew pozorom i wbrew gabarytowi obiektu.
Projektując dom, w zasadzie, popełniliśmy wszystkie błędy, jakie można popełnić. Po pierwsze dom jest za mały, trochę ale jednak. Po drugie tworząc pomysł na elewację dobrnęliśmy do pewnego rezultatu, który tak nam się spodobał, że w konsekwencji układ funkcjonalny wewnątrz jest co najmniej średni. Po trzecie dom w chwili rozpoczęcia budowy nie był jeszcze zaprojektowany. Zaufaliśmy własnym instynktom i postanowiliśmy, że część dylematów projektowych rozwiążemy na bieżąco, bo przecież umiemy. Przez 15 lat pracy zdarzały nam się projekty, które trzeba było zmienić, dokończyć lub doprojektować. Powszechną sprawą jest projektowanie elewacji budynku, kiedy ten już stoi. Powiedziałbym więcej, jest to w zasadzie taki naturalny proces przy wielu inwestycjach, zwłaszcza katalogowych, które są kupowane, a następnie bezczeszczone przez tak zwane „drobne przeróbki”, które wykonują lokalni projektanci. Taka polska myśl projektowa. Więc z naszym projektem było tak samo. Było wesoło. Nie napiszę, że to cud, że jakoś to wygląda, wolę dumnie powiedzieć, że wszystko było pod kontrolą. Może trafniejsze będzie określenie „wszystko jest pod kontrolą”, bo proces ten jeszcze się nie skończył, w zasadzie proces ten będzie trwał w nieskończoność, bo taki właśnie jest ten dom. Tak wyszło.